Pokazywanie postów oznaczonych etykietą das achte leben. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą das achte leben. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 sierpnia 2016

#2 Ósme życie (dla Brilki) - Nino Haratischwili

Uwielbiam czekoladę. Niemal w każdym wydaniu, gardzę tylko wersją z bakaliami, bo od małego nie mogę ścierpieć smaku rodzynek. Gdyby kazano mi wybrać jedyną słodycz, jaka miałaby pozostać na świecie, bez wątpienia byłaby to czekolada (nie wiem czy colę można do tego zaliczyć). Nigdy nie przemawiała do mnie wersja, jakoby słodycze miały poprawiać humor – dla mnie sam smak sprawia więcej radości. Nie wspominając już o coraz to bardziej fantazyjnych kształtach i opakowaniach, na jakie możemy się natknąć. Szkoda, że jestem na diecie. Osładzam sobie życie dobrymi książkami, skoro tylko to mi zostało.


Jest początek XX wieku, a w rodzinie Jaszi na świat przychodzi Stazja, córka gruzińskiego wytwórcy czekolady. W carskiej Rosji dzieje się wiele, nadchodzi rewolucja, a z nią ogromne zmiany. Cała rodzina Jaszi zostaje wplątana w wir wydarzeń. Muszą robić wszystko, by przetrwać. Poszukują swoich tożsamości, próbują odnaleźć się w nowych realiach. Dorastają, uczą się na błędach. Pragną miłości i zrozumienia. Jedyną rzeczą, która może ich ukoić w tych niespokojnych czasach jest gorąca czekolada według przepisu ojca Stazji. Czy jednak jeden napój może zmienić wszystko?

Nie ukrywam, że pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę na tę książkę była okładka. Nie jestem fanką gryzących się kolorów, ale ta żółć i niebieski w jakiś dziwny sposób idealnie się łączą. Szybki rzut okiem na opis z tyłu i wiedziałam, że chcę to przeczytać.

Dwa słowa – jestem zachwycona. Chcę więcej. Dosłownie rzucę się na drugą część, kiedy ta wyjdzie, z tego co dobrze pamiętam, w okolicach października. Dawno nie miałam okazji przeczytać powieści, która tak mocno by mnie wciągnęła. Siedziałam nad nią godzinami, kompletnie wyłączając się ze świata. Nie był mi potrzebny, skoro miałam Stazję i resztę rodziny Jaszi.
Bohaterów jest multum, jednak każdy z nich wykreowany i przedstawiony tak, że ciężko ich pomylić czy o kimś zapomnieć. Haratischwili dobrze wie, jak zaciekawić czytelnika, by kilka stron później zaskoczyć go nową postacią. Można się z nimi utożsamiać, można nienawidzić, ale mimo to gdzieś tam z tyłu głowy pozostaje nieodparte wrażenie, że tak musi być. Wraz z bohaterami przemieszczamy się z pokolenia na pokolenie, poznajemy ich zmiany w spojrzeniu na świat i próby dostosowania się. Są ludzcy, mają swoje pragnienia i wady. Popełniają błędy. Niestety okres w jakim przyszło im żyć zmusił ich do wielu zachowań, niezależnie od ich wiary czy poglądów. Są tragiczni, zdesperowani, a w tym wszystkim piękni.
Lubię i doceniam historie dobrze dopracowane. Gdzie szczegóły faktycznie się zgadzają, a autor robi sobie dokładny research na temat, który ma zamiar poruszyć. Specjalistą od historii Rosji nie jestem, ale coś tam z liceum pamiętam. Przyjemnością więc było czytać powieść z zadbanymi szczegółami. Nie zwróciłam uwagi na jakiekolwiek błędy logiczne czy historyczne. Nawet gdyby się pojawiły, prawdopodobnie skwitowałabym je krótkim meh. Fabuła powieści jest zbyt dobra, by przejmować się drobnostkami.
Najlepszym jednak według mnie elementem, który spowodował, że książka została tak dobrze odebrana, jest jej klimat. Kręcimy się ciągle w dwudziestym wieku, niemal od samego początku aż do lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych. To ledwie pół wieku, ale zmiany na świecie są drastyczne. I również atmosfera w książce jest dynamiczna, zależna od okresu o którym opowiada. Zwalnia tempo, staje się sielanką na początku, by potem gwałtownie przejść w zimną, brudną wojnę wyniszczającą kraj i naród. Myślę, że to jest ten najważniejszy składnik Ósmego życia. Taki ukryty szczegół, który się czuje czytając, ale nie myśli o nim, bo przychodzi do czytelnika w sposób naturalny.

Ósme życie to aktualnie moja ulubiona powieść tego roku. Nic jeszcze nie dało rady przebić głębi i piękna historii, jaką opowiedziała w pierwszym tomie autorka. Bardzo ciężko odkładało mi się ją na półkę, a z każdą kolejną przeczytaną stroną żałowałam, że nie czeka na mnie kolejne czterysta czy więcej. Uważam, że potrzeba więcej takich książek. Poruszających, wzruszających, nie wiem, brak mi przymiotnika idealnie pasującego do tego co czuję. Nino Haratischwili w niezwykły sposób przywróciła do życia czasy dwudziestego wieku, tak bliskiego a równocześnie niezrozumianego przez współczesne pokolenia.
Polecam gorąco, z całego mojego huncwockiego serduszka.